Polskie Stowarzyszenie Osób Niepełnosprawnych Niskiego Wzrostu - Menu
Lista dystrybucyjna
Polskie Stowarzyszenie Osób Niepełnosprawnych Niskiego Wzrostu zostało założone w Warszawie 8 grudnia 1994 roku przez inicjatorów - Elżbietę Andrews, Barbarę Makowską, Ewę i Rafała Opielewicz. Siedzibą Stowarzyszenia jest Warszawa, nasza działalność ma charakter ogólnopolski, nawiązujemy również kontakty z podobnymi organizacjami z innych krajów.
22 lutego 2008 roku uzyskaliśmy status Organizacji Pożytku Publicznego.

Celem Stowarzyszenia jest społeczne działanie na rzecz osób niskiego wzrostu poprzez:
  • poznanie się, integrację i wzajemną pomoc
  • dążenie do znoszenia barier
  • przełamywanie stereotypów
  • udzielanie pomocy członkom Stowarzyszenia w różnych sprawach życiowych
  • pomoc w uzyskaniu sprzętu rehabilitacyjno - ortopedycznego
  • organizowanie spotkań ze specjalistami z dziedzin medycznych, prawnych, społecznych

PSONNW skupia osoby w każdym wieku wyróżniające się niskim wzrostem. Wśród naszych członków są dorośli mierzący nieco ponad metr wzrostu. Większość z nas jest dotknięta chorobami genetycznymi, wśród których znaczna część choruje na achondroplazję. Walczymy z przejawami nietolerancji, zwalczamy uprzedzenia społeczne. Nasza niepełnosprawność często wynika z faktu niedostosowania infrastruktury do naszego wzrostu, dlatego wychodzimy z misją: Świat nie tylko dla wysokich.

Polskie Stowarzyszenie Osób Niepełnosprawnych Niskiego Wzrostu często współpracuje z mediami. Do tej pory były to: TVN, TVP S.A,, Newsweek Polska, Gazeta Wyborcza, Dziennik Polski i wiele innych czasopism. Nasi członkowie posiadają także kontakty z agencjami aktorów i statystów, które poszukują ludzi niskiego wzrostu do udziału w filmach, reportażach, programach etc.


MALI LUDZIE, WIELKA ZABAWA

Wymiana doświadczeń związanych z chorobą, ale i świetna zabawa - to cele zjazdu Polskiego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych Niskiego Wzrostu. Średnia wzrostu gości ledwo przekraczała metr. Do ośrodka Instytutu Rozwoju Służb Społecznych w Białobrzegach nad Zalewem Zegrzyńskim przyjechało 30 osób z całej Polski. W weekend odbył się tu dziesiąty, jubileuszowy zjazd, ale okazał się inny niż wszystkie. - Po raz pierwszy spotkaliśmy się w plenerze na całe dwa dni. - Na poprzednich zjazdach bywało smutno, wszyscy narzekali na chorobę. Teraz to się zmieniło i świetnie się bawiliśmy - tłumaczy Włodzimierz Końko, wiceprezes stowarzyszenia. Sobotnia impreza trwała do późnej nocy. - Było wino, kobiety, śpiew i tańce - opowiada Końko. - Ludzie zamykają się w domach, jeśli pracują, to tylko w zakładach pracy chronionej. Takie zjazdy mają służyć temu, żeby oswajać innych z naszym widokiem. Chcielibyśmy być traktowani normalnie; bo ciągle na ulicy wzbudzamy sensację - tłumaczy Łukasz Dryjański, który przez cztery lata mieszkał w USA. - Tam ludzie niskiego wzrostu są lekarzami, prawnikami, mają swoje firmy.

Gazeta Stołeczna - dodatek do Gazety Wyborczej z dnia 15 czerwca 2005 r. Autor KUCH


DUŻY MAŁEGO NIE ZROZUMIE

Osoby bardzo niskiego wzrostu założyły stowarzyszenie, które walczy, by je zauważono

- Mamo...- Mamo, ja nigdy się nie ożenię - powiedział siedmiolatek i jego rodzice zorientowali się, że on już wie. Nie zdążyli mu pierwsi wytłumaczyć, dlaczego jest taki malutki i że już nie urośnie. Rodzicom trudno się zebrać do poważnej rozmowy, więc najczęściej podwórkowe wrzaski: "liliput", "karzeł" uświadamiają dziecku, że jest inne.
Maria Kacperska z Radomia, matka 10-letniego Jasia, który dziś ma 109 cm wzrostu i szansę na maksimum 130 cm, nauczyła go przebojowości w trudnych sytuacjach. - Niech pokaże język wścibskiej babie, która gapi się na niego w autobusie, a koleżance, która się śmieje z jego dużej głowy, odpowie, że jej za to brakuje trzech zębów - tłumaczy pani Maria. Jaś już kiedy miał cztery lata, zorientował się, że jest malutki, mniejszy od najmniejszego chodzącego malucha. Od tego czasu karmiony jest budującymi opowieściami o panu Wołodyjowskim, Stańczyku i Napoleonie. - On sam, choć ręce ma króciutkie, to na pewno silniejsze od kolegów. Poza tym jest mądry, bystry, a myśleć nikt mu nie zabrania - powtarza jego mama, która zabiera go nawet na dorosłe wizyty. Wszystko, żeby szybciej oswoił się z dużym światem.
Inni rodzice tłumaczą - małym dziewczynkom mówi się, że są ukochanymi Calineczkami.

Bezrobocie Tomcia Palucha

- Nie będę mu ściemniał - zapewnia Robert Olewiński z Warszawy, którego synek Jakub ma dopiero 20 miesięcy. Pan Robert ma zamiar rozmawiać o chorobie, dopiero kiedy dziecko zapyta. Taką samą zasadę przyjmuje wobec gości, którzy przyszli obejrzeć jego pierworodnego. - Problem, jak się zachować, ma otoczenie, a nie ja - tłumaczy i dodaje, że powie synowi: - Jesteś mały, ale nie głupi.

- Jesteś mały, to musisz się uczyć - usłyszał przed laty Włodzimierz Końko, dziś 28-letni informatyk.
Dorośli różnie wspominają wtajemniczenie w swoją inność. Im liczniejsza i uboższa rodzina, tym mniej było sentymentów. Kilkadziesiąt lat temu zasadą było spychanie "małych" do szkół specjalnych, choć w ich przypadku niski wzrost nigdy nie oznaczał niskiego ilorazu inteligencji. Ci, których rodzice wywalczyli dla nich prawo do nauki, odpadają w pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. Małe nie może być dobrą wizytówką firmy. Ewa Opielewicz (50-latka na rencie), uczennica z dobrego liceum, marzyła o medycynie, ale psycholog złapał się za głowę i powiedział, że na pewno nie poradzi sobie z tymi monstrualnymi ciałami w prosektorium. Dla takiej małej kobiety najlepsza będzie mikrobiologia. Pierwszą pracę dostała tylko dlatego, że prezes firmy miał niepełnosprawną córkę. Później przez lata (najmilej wspominane, bo miała świetnych znajomych) pracowała na Politechnice Warszawskiej. Układ w pracy był taki: ona grubej koleżance wyciągała szkło laboratoryjne spod stołu, tamta podawała jej to, co stało wyżej.
Jednak krótkie ręce spowodowały, że nawdychała się wyziewów chemii i wylądowała na rencie. Wielu jest informatyków, ktoś grywa w filmach szpetne postacie, sporo osób jest na rencie. Tylko niektórym udaje się znaleźć pracę przykrojoną do swoich możliwości. Marek Batóg z malutkiego Górna szybko odkrył, że jego krótkie ręce są bardzo sprawne. Dołączył do rodziny wyplatającej koszyki, świetnie mu idzie. Sam spłaca raty za samochód. Uspokaja się przy łowieniu ryb. Chciał być nawet strażnikiem przyrody, ale mu wyperswadowano, że takiego malucha rozeźleni rybacy mogliby wrzucić do rzeki.